Test tolerancji

Fragment powieści

Obraz jest ostry jak maczeta.

Głowa osuwa się z pniaka. Nieruchome oczy utrwalają wizerunek kata. Grzebień opada na piasek, a na pomarańczowym dziobie zastyga jazgot. Kura zdycha. Ale nie do końca.

Bezgłowy korpus ucieka. Zatacza się, gubi kierunek i rytm. Strugi krwi rysują na spalonej słońcem ziemi czerwone zygzaki. Kura trzepocze skrzydłami, jakby chciała się unieść w powietrze i odlecieć tam, gdzie przewidziano raj dla ptaków. Wreszcie uderza o płachtę blachy. Przewraca się, wpada w przedśmiertną drżączkę. Impuls podrywa sterczące łapy. Z rozdartych tętnic wypływają krwawe skrzepy.

Serce przestaje się kurczyć. Ptak nieruchomieje.

***

On widzi tę scenę, jakby zdarzyła się wczoraj. Kiedy wszystko było beztroskie. Jak wyprawy na lesiste wzgórze. Jak zabawy w chowanego na bagnach. Kiedy nowy dzień nie smakował jak ostatni, a ludzie nie wiedzieli, czym są ukryte intencje.

Widzi tę scenę i wie, że tamten dzień się nie powtórzy. A ta noc będzie jego ostatnią.

Zdaje sobie z tego sprawę, gdy słyszy szelest rozgarnianych liści. Potem ciche kroki. I zwodniczy szept: „Wyłaź, nic ci nie zrobię”. To brzmi jak słodka obietnica. Lecz on wie, że nie może ufać bestii.

Przywiera do drzewa. Nieruchomieje. Wtapia się w ciemność. Jak antylopa. Zawsze czujna, zawsze gotowa do ucieczki.

Gałązki łamią się coraz dalej. Coraz dalej szeleszczą trawy. Bestia odeszła.

Wydaje się, że jest bezpieczny. Że po raz kolejny ocalił życie. Dotyka szyi, przesuwa palce w górę. Masywna szczęka, mięsisty nos, wypukłe czoło. Wszystko jest na swoim miejscu. Jeszcze.

Myśli, czy zakraść się na zachód, by zanurkować w głębokich wodach jeziora, czy na północ, gdzie łatwiej schować się w gąszczu traw. Nim jednak podejmie decyzję, decyzja podejmuje się sama. Zza chmur wyłania się księżyc i niczym olbrzymi reflektor rzuca na niego plamę światła.

Zewsząd podnoszą się groźby. Żądają, by się zatrzymał. Ale jego wewnętrzny głos wrzeszczy coś innego: „Uciekaj! Uciekaj na wschód! Tam, gdzie są bagna!”

***

Budzi się w nim spłoszona antylopa. Pijane ze strachu zwierzę. Przeskakuje konary. Taranuje gałęzie. Potyka się o kamienie. Traci władzę w nogach. Upada się i podnosi. Drapie palcami ziemię. Odbija się od drzew. Połyka gorzkie liście.

Biegnie w dół wzgórza, gdzie kończy się las, a bulgoczą brunatne bagna. Ohydna maź. Cuchnący opar. Matecznik komarów i węży. Kolebka jadów i toksyn. Tam wreszcie znajdzie schronienie.

Za plecami słychać głosy. Bestie są coraz bliżej. Próbuje przyśpieszyć, lecz nogi wszczynają bunt. Myśli wciąż biegną, ale ciało zwalnia.

Łypie przez ramię. Szacuje odległość. Z mroku wyławia trzy lśniące punkty. Dwa z nich to oczy, nerwowe i rozbiegane. A trzeci to ostrze maczety.

Bagna są coraz bliżej. Między drzewami widać blask wody. Wystarczy zmusić nogi do ostatniego wysiłku. Próbuje. Ale na próżno. Organizm wywiesza białą flagę. Stopa traci przyczepność, gałęzie wdzierają się między ramiona.

Upada na twarz. Uderza w coś czołem. Ogłuszony stacza się w dół wzgórza. Jest jeszcze nadzieja. Już czuć odór bajora. Już widać w tafli rozmyty sierp księżyca. Ale wtedy na drodze wyrasta karzeł. Połamane, zeschnięte drzewo.

***

Otwiera oczy. Widzi sierp księżyca. I myśli, że zdołał przetrwać. Dopiero po chwili dociera do niego, że to nie księżyc, a błyszczące ostrze.

Przekrwione oczy bestii patrzą na niego z pogardą. Nabrzmiałe wargi potwora syczą kolejne przekleństwa. Rozumie, że przegrał. Ale nie zamierza błagać o litość.

Pochyla głowę.

Słyszy świst maczety.

1

22 grudnia, środa

„Czy właśnie umarłam?”

Ostatnią rzeczą, którą zapamiętała, był ostry zapach eukaliptusa. Potem zapadła ciemność.

Błąkała się po zapuszczonych szlakach umysłu. Zbaczała na senne bezdroża i na zachwaszczone ścieżki nieświadomości. A kiedy w końcu poczuła bodziec, zrozumiała, że nadal żyje.

Ból wędrował horyzontalnie. Przez kość jarzmową i skroniową. Uciskał na nerw trójdzielny. Ocierał się o opony mózgowe.

Podążała za nim palcami, rysując na skórze linię bólu. Zatrzymała się, kiedy poczuła wilgoć. Ciepła maź spłynęła po opuszkach. Oderwała dłoń od czoła. Powąchała, a potem posmakowała. Wzdrygnęła się, jakby połknęła garść opiłków żelaza.

„Nadal umieram”, pomyślała, odpływając w nieznane meandry umysłu.

Mózg zakrzywił linie czasu. I wszystko jej się pomieszało. Była małą dziewczynką i siedziała na desce klozetowej. A kiedy próbowała z niej zeskoczyć, zobaczyła, że jest przytwierdzona do wózka. Jacyś starcy kołysali lalki, a w sąsiednim pomieszczeniu ktoś krzyczał. Kiedy pchnęła drzwi, ujrzała lekarzy odbierających poród. To ona parła na płód, wyjąc z bólu. Położnik powiedział, że pora przeciąć pępowinę. Poczuła, że ktoś wymierzył jej klapsa. Rozpłakała się. Pielęgniarka pochyliła się nad nią, mówiąc, że jest małą, słodką księżniczką. „Byłaś małą, słodką księżniczką, a teraz jesteś starą, obsraną jędzą”. Sanitariusz włożył jej do ręki garść tabletek. „Żebyś pamiętała, gdzie jest kibel”. I nagle siedziała na tym kiblu z testem ciążowym w dłoni. Dwie kreski oznaczały, że właśnie spieprzyła sobie życie. Ktoś zapukał od drugiej strony. „Mała księżniczko, jesteś tam?” Znowu była małą dziewczynką na muszli. „Zobacz, jak tatusiowi coś urosło w spodniach”. „Tatusiu, to boli!”

„To boli!”

Kłucie w skroni ocuciło ją.

***

Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności. Zaczęła rozpoznawać elipsy, trapezy i romby. Kontury przedmiotów rysowały się w znajome kształty.

Miała przed sobą puchaty balon, na którym skrzyły się małe kropelki. Myślała, że ogląda pajęczy kokon. Obrzydliwą wylęgarnię małych stawonogów. Dopiero po chwili zrozumiała, że patrzy na poduszkę powietrzną. Lśniące krople zmieniły się w odłamki szkła. Pod palcami prawej dłoni poczuła gałkę skrzyni biegów.

„A więc utknęłam w samochodzie”, pomyślała. W rozwalonym samochodzie.

Nagle poczuła na sobie wzrok. Kątem oka wyłowiła męską twarz. Tuż obok siebie, po drugiej stronie ośnieżonej szyby. Twarz patrzyła na nią bez ruchu. A ona poczuła, że strach paraliżuje jej zmysły.

Rozpoznała te rysy.

***

Najwyraźniej znów straciła przytomność, bo kiedy otworzyła oczy, za szybą nie było nikogo. Deska rozdzielcza tonęła w bieli, a w kroku zaczęła czuć wilgoć. Śnieg albo siuśki. Fifty-fifty.

Coraz bardziej się ochładzało. Czuła gęsią skórkę. Para z jej ust wędrowała przez ciemność jak ognie świętego Elma. Zrozumiała, do czego to wszystko zmierza. „We wraku odnaleziono zamarznięte zwłoki”, miała głosić poranna gazeta.

Spróbowała opuścić osłonę nad kierownicą. Plastikowy prostokąt został jej w dłoniach. Uchyliła klapkę i odsłoniła lusterko. W ciemności błysnęły białka jej oczu. A na tylnym siedzeniu ktoś siedział.

Nikogo tam nie ma, idiotko.

Dobrze o tym wiedziała. A jednak… Było zbyt ciemno, by dostrzec szczegóły. Była zbyt rozkojarzona, by powiedzieć, co się zdarzyło. Była zbyt zmarznięta, by wykazać wolę działania.

Chciała zamknąć oczy i zasnąć.

Aha, na pewno!

Zerknęła w bok. Fotel pasażera był zmiażdżony. Na dywaniku poniewierał się jakiś tobołek. Spróbowała sięgnąć po niego ramieniem. Rwanie w barku było jednak silniejsze. Wycofała się.

Chwyciła osłonę przeciwsłoneczną. Wyciągnęła rękę i zaczęła majstrować kawałkiem plastiku. Po kilku manewrach na jej kolanach leżał skrawek świńskiej skóry. Torebka, która dawno wyszła z mody.

Odwróciła ją do góry nogami. W środku coś zagrzechotało. Na dżinsy wysypały się różne rupiecie. Pomadka, tusz do rzęs, tusz do pieczątek, odświeżacz do ust, odświeżacz do ubikacji, podkład w kremie, krem z filtrem UV, balsam po opalaniu, okulary przeciwsłoneczne. Gotowa była uwierzyć, że tkwi we wraku od lata.

Dalej poleciały krakersy, jakiś stary cukierek o smaku wiśniowym, puste blistry po tabletkach, portfel, podpaski, kilka agrafek, dwa długopisy, paragon i legitymacja w skórzanym etui. Ta ostatnia otworzyła się na zdjęciu.

Jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności, a śnieg przydawał nieco blasku. Ujrzała zatem młodą blondynkę z wyrazem oczu mówiącym: „Panowie, tyłki w górę, trup stygnie!”.

To była ona. Komisarz Iwona Suda. Wydział Kryminalny. Komenda Miejska Policji w Tarnowie.

„No. Przynajmniej teraz było jasne, czyje zwłoki odnajdą we wraku”. To pomyślawszy, straciła przytomność.

***

– Tato, wychodzę.

Zaróżowiona morda odwraca się.

– Wychodzisz? Gdzie wychodzisz? Znowu gdzieś idziesz. Wszystkie łazicie. Z kim wychodzisz? Dokąd idziesz?

– Z koleżankami. Idę z koleżankami do kina.

– Do kina? A, do kina idziesz. – Rechocze. – Idź sobie, idź. Z koleżankami się dobrze idzie. Tak dobrze gdzieś pójść. Też tam byłem. W kinie byłem. A co ty myślisz, maleńka. Te kurwy mają ssanie jak łada na ruskim akumulatorze. Ciągną jak szambowozy, za garść zielonych.

– Tato!

Morda wydaje z siebie długie beknięcie.

– Pieprzone lachociągi. Prowincjonalne kurewki. Szmaty z zadupia. – Taboret odjeżdża z piskiem po linoleum. Cień rośnie. – Ty głupia pluskwo, ilu już przerobiłaś? Ile drutów ciągłaś?

– Tato, proszę!

Spocona łapa zaciska się na nadgarstku.

– Tato, to boli!

– Pokaż rękę. Otwórz rękę, mówię! Patrz. Patrz. Patrz! Podnieś oczy i patrz na mnie. Masz na mnie cały czas patrzeć.

Rozporek zjeżdża w dół.

– Tato, nie!

Plask!

***

Policzek zapiekł ją na dowód tego, że cios spadł przed momentem. Ale kiedy otworzyła oczy i dotknęła twarzy, opuchlizny tam nie było. „Zaczynam wariować”, pomyślała, co wcale nie było dalekie od prawdy.

Robiło się coraz zimniej. Rozejrzała się za okryciem. W zasięgu miała jedynie torebkę. I obicie sąsiedniego fotela. W świńską skórkę nie miała szans się wcisnąć. A jeśli chodzi o tapicerkę, cóż, chyba przeceniała możliwości swoich paznokci. „Zamarznę tu”, pomyślała i zobaczyła drugą linijkę chwytliwego nagłówka. „Zwłoki były w T-shircie”.

Zaczęła głośno kląć. Trochę się przy tym zgrzała, co na nowo otwarło ranę. Przez chwilę zrobiło się ciepło. Ale potem mogło być już tylko zimno.

Rozerwała zębami paczkę podpasek, a z włosów zdjęła gumkę. Stworzyła prowizoryczny kompres. Umocowała go na ranie. Przestała chlapać krwią na boki. Stwierdziła, że reklamy jednak nie kłamią. Zawsze czysto, zawsze sucho, zawsze pewnie.

Uspokoiła się i zaczęła trzeźwo myśleć. Tkwiła w pogniecionej puszce na zapuszczonej drodze. Nie znała daty ani godziny. Nie wiedziała, skąd przyjechała i dokąd zmierza. Nie rozumiała, jakim sposobem skończyła w rowie.

Otworzyła paczkę krakersów i zajęła zęby gryzieniem. Koncentrowała się na jedzeniu. Przestała myśleć o pustkowiu. Mrowienie w stopach ustępowało. Nieśmiało poruszyła paluchami. A potem odważyła się poruszyć stopą.

Coś zaszurało na wycieraczce. Pod podeszwą poczuła wypukłość. Zagarnęła przedmiot krawędzią buta. Spod pedałów wyjechała komórka.

„Koszmar się skończył”, pomyślała. Lecz kiedy podniosła urządzenie, sklęła własną naiwność. Nie było zasięgu.

2

Czuła się jak w trumnie, którą pogrzebano w zmrożonej ziemi.

Na czarnym tle nieba nadal wirowały płatki śniegu. Zlepiały się w większe skupiska i w formie grudek spadały na jej kolana. Dżinsy zniknęły pod grubą warstwą bieli. Poczuła łaskotanie w podbrzuszu, po którym nastąpiło niepokojące parcie na pęcherz. W tym momencie poznała największą z tajemnic wszechświata. Dobre odlanie się warte było ręki księżniczki i połowy królestwa.

Poruszyła się w prawo, potem w lewo. Kończyny stopniowo odzyskiwały ruchomość. Naparła na drzwi, ale coś je blokowało. Głaz, wgnieciona blacha lub sanie świętego Mikołaja. Spojrzała wobec tego przed siebie. I zrozumiała, że pozostała tylko jedna droga ucieczki.

Tam, gdzie niedawno była szyba, pobłyskiwały szklane kliny o szorstkich krawędziach, pajęczynowatych naciekach i ostrych zakończeniach. Jak zęby krokodyla. Ostrożnie zaczęła odrywać resztki szkła. Następnie przejechała dłonią po ramie. A kiedy przekonała się, że jest bezpiecznie, wyrzuciła przez otwór telefon.

Przechyliła się i oparła ciało na kierownicy. Poszukała punktu zaczepu dla rąk. Usłyszała trzask. Kierownica opadła, a jeden z drążków wbił się między żebra. Ból odepchnął ją z powrotem na oparcie.

Zjadła ostatniego krakersa i podjęła kolejną próbę ucieczki. Zignorowała sygnały z wnętrza ciała. Ucho dzwoniło, skroń pulsowała, bark szczypał. Wysunęła głowę na zewnątrz. Przechyliła się ku masce. Ręce drżały jej z wysiłku, a podpaska na czole chyba zaczęła przeciekać, bo na śniegu dostrzegła pojedyncze ciapki krwi. Nie zamierzała spasować. Odszukała fotel pod stopami. Potraktowała go jak trampolinę.

Całym ciężarem ciała upadła na maskę. Śnieg nadał jej pędu. Zjechała jak po zjeżdżalni i zanurkowała twarzą w śniegu.

Była wolna.

***

Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to słupek. Biało-czerwony, z liczbą 964. To już coś. Nic nadzwyczajnego, ale pozwalało określić przybliżoną lokalizację. Była na drodze wojewódzkiej. Droga wojewódzka, po której nic nie jeździ? Była w Bieszczadach?

Odszukała w zaspie telefon i rozświetliła ekran. Podniosła się z kolan i przeszła kilka metrów wzdłuż jezdni. Po obu stronach ciągnęły się ściany drzew. Stała na długiej, prostej drodze, która z góry musiała przypominać wygolony pas na zalesionej ziemi. Jeśli droga była tak prosta, dlaczego wpadła w poślizg?

Ruszyła szukać śladów hamowania. Tam, gdzie według jej wyliczeń mógł znajdować się newralgiczny punkt, rozgarnęła śnieg stopą. Odnalazła ślady bieżnika. Rozgarniała dalej. Czarne smugi wiodły w prawo pod łagodnym kątem. Wyglądało to tak, jakby z rozmysłem zjechała prosto w rów.

„Bez sensu”, pomyślała. „Zasnęłam za kierownicą?”

Usłyszała świst wiatru. Zimny podmuch uderzył ją w twarz i prześlizgnął się po ramionach. Przypomniała sobie, że chroni ją tylko T-shirt.

Dobiegła do samochodu, rozpięła guzik i spuściła spodnie. Kucnęła przy oponie. Śnieg zabarwił się na żółto.

Już miała wstać, gdy nagle między drzewami ujrzała światło. Światło zgasło. „Mam zwidy”, pomyślała. „Albo jest tam leśniczówka. Albo przez las biegnie równoległa droga.

Do tej pory obawiała się, że umrze z wykrwawienia albo hipotermii. Teraz zrozumiała, że zagrożenia czyhają gdzieś indziej. Była bezbronną kobietą na pustkowiu. Policjantką, ale nadal kobietą.

„Pieprzenie. Kogo chcesz wziąć na litość?”

Nie odrywała wzroku od lasu. Wstrzymała oddech. Z ust przestała wydobywać się para. Miała wrażenie, że coś czai się w mroku i gotowa była przysiąc, że słyszy trzaskanie gałązek.

Czy na pewno była bezbronną kobietą? Ona? Policjantka z kilkunastoletnim stażem Pomacała kieszenie spodni. Gdzie jest broń?

„Ty tępa dzido”, pomyślała. I wtedy w głębi lasu znów zapaliło się światło.

Udostępnij