Persona non grata

Fragment powieści

Śmierć przyszła bezgłośnie.

Nie zapukała do drzwi, nie powiedziała „witaj”, nie zapytała, czy może zabrać grzeszną duszę. Nie siadła na taborecie, nie umościła się w fotelu. Nie poprosiła o filiżankę kawy, nie skosztowała ciasta. Nie porozmawiała ani o rzeczach ważnych, ani o rzeczach błahych.

Po prostu przyszła, zrobiła swoje i wyszła.

Maryna była dziwką. Czegokolwiek by nie sądzić o tej profesji, trzeba przyznać, że jest to ciężki kawałek chleba. Od dobrych public relations i marketingu zależy, czy jedna z drugą będą miały co włożyć do ust.

Ona fach miała w ręku. Jej biznes cieszył się powodzeniem niczym najlepsza piekarnia, bowiem brała wszystko, jak leci. Dobrze wypieczone bochny i chleby z zakalcem, czerstwe bajgle i chrupiące bagietki, miękkie pączusie i twarde suchary. Nie wybrzydzała, nie grymasiła, nie miała zahamowań. Ale nie wszystkim się to podobało.

Choć wieśniacy ubóstwiali ją, rozpieszczali, obdarowywali dobrodziejstwami inwentarza i hołubili, ich żony nie były równie wyrozumiałe. Ze strony gospodyń zbierała plony nienawiści, była hańbiona, lżona i nazywana ex cathedra kurwą i ladaco.

Maryna wszakże nie przejmowała się ludzkim gadaniem, a marzec miał się okazać dla niej przełomowy. Opracowała plan, i to plan nie byle jaki. Realizację zaczęła już przed tygodniem, a teraz chyżo biegła do mety.

Za kilka dni pokaże starym gęsiom, że nie jest – jak to sobie obwieszczały – głupsza od kury. Odrzuci wszystkie kamyki, które ciskały do jej ogródka. Grubo się mylą, sądząc, że swym ujadaniem zmuszą ją do założenia pętli na szyję lub połknięcia garści pigułek. O nie! Samobójstwo nie wchodzi w rachubę!

Stara Hurmanowa, rodzona matula Maryny, bogobojna jak ateuszka i cnotliwa jak rusałka, chcąc stanowić przykład dla latorośli, pouczała wielokrotnie, że samobójstwo jest grzechem śmiertelnym. Zasłuchana w słowa kaznodziei, którego – jak gadali we wsi – wielbiła nie tylko duchem, ale i ciałem, lała w uszy córki zbożne przykazania. „Nie zabijaj, nie kradnij, a jak już masz cudzołożyć, to tylko z zasobnym. Ręki na siebie nigdy nie podnieś. Pamiętaj, Maryś, nigdy, przenigdy nie waż się na życie szarpnąć”. Nazajutrz po tych słowach dyndała na żyrandolu.

Maryna wypełniała wolę matki co do słowa. Nie zabijała, nie kradła, a co w domu miała – ciałem zarobiła. No i śmierci się wystrzegała jak diabła. Nie żeby jej ta trefna myśl głowy nigdy nie zawróciła – co to, to nie – ale matula już na tyle nadwyrężyła żyrandol, że dalsze próby kołysania mogły grozić zawaleniem powały.

Przed siódmą rano centrum wsi było jeszcze senne i leniwe. Wieśniacy odpoczywali po trudach tygodnia, więc Maryna miała nadzieję, że nikt nie spartaczy jej misternego zamysłu. Siedziała nieruchomo w kościelnej ławie, nie rozglądała się wkoło, nie podziwiała polichromii, nie szacowała długości przyrodzeń świętych figur. Gdyby ujrzał ją wówczas jakiś przechodzień, zapewne pomyślałby z rozrzewnieniem, że oto klęczy obok ostoja religijnej żarliwości.

Nic bardziej mylnego. Maryna raz po raz zerkała na zegarek złocący się na nadgarstku i odliczała minuty konieczne do wdrożenia scenariusza. Rozpamiętywała ubiegłotygodniową sumę, podczas której uczyniła coś daleko odbiegającego od pobożności.

Homilia toczyła się leniwie. Wierni przysypiali w ławkach, przysypiał organista nad klawiaturą, przysypiały baby z chóru ze śpiewnikami w dłoniach. Spali ministranci, ostatnia ławka chrapała w najlepsze, a na siostrę Kleofasę, która niedawno obchodziła sześćdziesięciolecie obłóczyn, sen spadł jak siekiera. Tylko jeden proboszcz, zupełnie trzeźwy, wygłaszał z ambony swoje poglądy. Poglądy były niekoniecznie trzeźwe.

Prałat szczególnie psioczył na lokal „U Eugenii”. Właścicieli wyzywał od czarciego pomiotu i wytykał, że na piętrze hodują prostytutki, które, jak te mityczne syreny, próbują roztrzaskać barkę jego wiernych parafian.

Msza powinna przeminąć rutynowo. Ale nie minęła.

Kiedy kapłan ubolewał z wysokości, a echo jego głosu napierało na nawy, kiedy płakał nad swoimi owcami, które oderwały się od stada, kiedy w końcu huknął, że osamotnione żony łajdaczą się po wsi, a dzieci ojca swego nie znają, z ostatniego rzędu ktoś krzyknął:

Święta racja!

Proboszcz zamilkł, wierni pobudzili się z drzemki.

Stuk-puk, stuk-puk.

Wysokie obcasy poniosły Marynę na środek nawy.

Stuk-puk, stuk-puk.

Wiodły ją prosto, przed siebie.

Stuk-puk, stuk-puk.

Ominęły trzecią ławkę, drugą, pierwszą, zostawiły za sobą ambonę.

I raz, i dwa, i trzy, i cztery.

Po czterech schodkach doprowadziły ją do ołtarza, postawiły przed kazalnicą. Zaszemrał mikrofon.

Święta racja, ojczulku czy jak ci tam, święta racja.

Proboszcz uniósł brwi.

Korzystając z okazji, że jestem tu, gdzie jestem, a że rzadko bywam, to się cieszę tym bardziej, że jestem. Bo warto być tu, gdzie jestem, a gdzie rzadko może być ktokolwiek, jeśli nie jest tym, kim ja jestem, albo tym, kim jest ksiądz. Bo że ksiądz jest kimś, to nie ma wątpliwości, ale ja mogę mieć wątpliwości, czy jest kimś, jeśli jest kim jest i zachowuje się jak się zachowuje…

Machnęła ręką.

Pierdolić przemowy, nigdy mi nie leżały.

Ludzie wymienili spojrzenia.

Chciałam tylko powiedzieć, że przewielebny ma rację, jak mówi o dzieciach, co ojca nie znają. Tyle że ja też mam coś do dodania w tym temacie. A temat, trzeba przyznać, jest palący, bo nie chcę, żeby młodego od bękartów wyzywano. Przeciwnie! Chcę, żeby moje dziecko znało ojca. Żądam tego!

Oddaliła się nieco od mikrofonu. Pod obcisłą sukienczyną wybrzuszała się krągłość niepozostawiająca złudzeń.

Księże proboszczu – krzyknęła w stronę ambony – przywitaj się z potomkiem!

W świątyni rozległa się seria łomotów, parafianki posypały się jak kostki domina.

Maryna opuściła kościół z uśmiechem na ustach, niespiesznie, studiując każdy krok, starając się nie zgnieść żadnej z poczciwin leżących na posadzce.

Tak, miała wiele na sumieniu. Ale inni będą mieć jeszcze więcej. Wrzuciła list do ostatniej skrzynki pocztowej i odetchnęła z ulgą.

Koncept był prosty, wykonanie trudniejsze. Mała pomyłka mogła skutkować destrukcją całego planu. To, co miała wskórać kościelną akcją sprzed tygodnia, wzięło w łeb. Pojawiła się jednak pomocna dłoń, która wskazała właściwą ścieżkę. „Trzeba będzie posmarować…”

– Chwileczkę! – Zgrzybiałe palce zacisnęły się na jej ramieniu.

Maryna zdziwiłaby się, gdyby ten chropawy głos należał do innej osoby. Odwróciła się, oszacowała posiadaczkę zgrzybiałych palców wzrokiem i rzekła:

– Oho! Cóż za miłe poranne spotkanie, pani Faustyno. Spać pani nie może? No tak, w tym wieku bezsenność to standard. Bezsenność, nietrzymanie moczu, amnezja… Zwłaszcza amnezja. Na wszelki wypadek przypomnę, żem Hurmanówna zza płotu. Tak, zgadza się, ta nierządnica, ta wywłoka, ta córa Babilonu. Cóż to za grymas? Dziwne, że go dostrzegłam w powodzi zmarszczek… Aleś się odpicowała! Ta sraczkowata kiecka to świetny wybór. Podkreśla urodę. No? Co tam dobrego u sąsiadki? Albo też niedobrego, bo w tym wieku człowiek już nic dobrego od życia nie oczekuje. Gdzie to biegniemy skoro świt? Czyżby na plebanię na poranne rucha…

Nie dokończyła. Szara torebka zawirowała w powietrzu. Maryna przewróciła się jak kręgiel. Wylądowała w kałuży.

Wróciła do domu, rozebrała się, wystawiła ręce przez okno i wyżęła zieloną wodę z sukienki. Wyżymając, przeklinała własną nierozwagę. W swym planie nie uwzględniła, że sąsiadka może biec na jutrznię. Jeśli stara flądra spostrzegła, z czym Maryna wyprawiła się na wieś… Psiakrew, wszystko spali na panewce!

Zresztą, czy jest się czym zamartwiać? Serwując wieśniakom emocjonalny striptiz, liczyła się z tym, że zostanie wyklęta na wieki wieków.

Nad realizacją projektu głowiła się cały tydzień, a siedem dni to bardzo długo. Zmęczenie w końcu wzięło górę. Maryna uznała, że ciężką harówkę należy odespać. Powiesiła kieckę na parapecie do obeschnięcia i wyłożyła się na otomanie.

Zasnęła błyskawicznie. Spokojna i zadowolona.

Późnym popołudniem zbudził ją kościelny dzwon. Otworzyła oczy i struchlała. Stał nad nią mężczyzna. Stał i wpatrywał się w jej roznegliżowane ciało. Zagryzał wargi i znać było, że gdyby nie normy społeczne, samcza chuć pchnęłaby go do gwałtu.

– Żo-żona… mnie… przy-przysyła… – wysapał, a wyrzucenie tych trzech słów zdawało się być dlań większą udręką niż przeoranie dwóch hektarów roli.

– Żo-żona cię przysyła – powtórzyła i zwlokła się z łóżka. – A po cóż żona cię przysyła? Zawsześ sam przychodził.

– Po pastę… Na pastę…

– Mój Boże, jaki on rozkoszny, ha, ha, istny cudaczek. Chciałbyś mnie napastować, rozkosznisiu. Hola! Co za dużo, to w gardle staje.

– Nie… – sapał tamten. – Do podłóg… pastę…

– Do podłóg, powiadasz. Mój Boże, jaki z niego pieszczoszek. – Wyszła na kilka sekund. Wróciła z metalową puszką. – Ubawiłeś mnie, cudaczku, do łez. Czy aby na pewno był to jedyny cel wyprawy? Nie chcesz nic więcej? – Naprężyła się jak kotka.

– Ni-nic.

– Zastanów się raz jeszcze.

– Tak… To znaczy… Nic…

– Maryni tęskno będzie, jeśli taki cudaczek wyjdzie bez choćby całuska.

– Je-jeszcze jedno… – wystękał.

– Słucham cię, cudaczku. Jak ci mogę urozkosznić żywot?

– Żo-żona… kazała prze-przekazać…

– Co kazała przekazać?

– Że ła-ładny… kwiatek kró-krótko… przy drodze… sto-stoi…

– A pfe! Cóż to za głupoty? Taki rozkoszny chłopczyk, a taką głupią żonkę sobie sprawił. Hi, hi, no idź już do niej, mój ty cudaczku, bo będzie gadać, żem bałamutnica. I pozdrów ode mnie serdecznie twoją panią Orłowską.

Wyszedł, a ona zatroskała się, że zwrotnica przesuwa scenariusz wydarzeń na inne tory. Nim rozważyła, czy nie popełniła istotnego błędu, drzwi otworzyły się ponownie.

– Witam sołtysa! – zawołała Maryna. W dwóch susach przeskoczyła pokój. Sołtys ledwie dostrzegł, jak coś odzianego w bieluchne majteczki i staniczek pada mu w ramiona. – Tak bardzo tęskniłam! – jazgotała. – Już ty dobrze wiesz, jak bardzo. Ja cię kocham, mój ty sołtysie. A czy ty kochasz swoją duszkę? Powiedz, że ją kochasz. Powiedz, jak bardzo ją kochasz. Kocham cię, moja duszko, moja sikoreczko, och, powiedz to, błagam cię. Kocham cię sikoreczko.

Sołtys odsunął ją.

– Maryno…

– Jaka Maryno! Sikoreczka jestem, duszka twoja jedna, jedyna, coś ją ukochał, uwielbił, umiłował nad życie! Jużeś zapomniał, jakeś mnie pieścił na stryszku, w rozłogach, nad potokiem, w zagajniku, jakeś szeptał mi do ucha najczulsze pochwały, żem piękna, żem jędrna, żem słodsza od miodu. Duszko mi mów! Sikoreczko mi mów!

– To koniec.

– Jaki koniec?

– Koniec z nami.

– Nie…

– Dzieci rosną. Żona się domyśla. Kadencja zagrożona.

– Nie, ja tego nie słucham! W ogóle nie słucham! – Zakryła uszy i kręciła głową.

– Pieniądze się kończą. Ty znów nie taka tania.

– Nie, ja dla ciebie wszystko przecież! Dla ciebie żyję. Ja, twoja duszka, twoja sikoreczka. Mów, nie przestawaj. Chcę cię słuchać, siedzieć u stóp tylko i słuchać. I byłoby wspaniale. Ale powiedz, że ty mnie kochasz. No powiedz to, do cholery!

– Nic z tego. Chociażeś piękna, to głuptas jeszcze. Masz przed sobą całe życie, a ja? Żona, dzieciaki, trza dbać o reputację. Mają we mnie wzór widzieć, a nie łapserdaka, co się za spódniczkami ugania. No i ludzie gadać będą, że sołtys i co też wyprawia. Czas się ustatkować.

Maryna osunęła się na ziemię i przycisnęła policzek do jego kolan.

– Nie możesz, nie pozwalam, nie chcę! – skamlała.

– Podnieś się dziewczyno, głupio to wygląda. Trza się pogodzić, takie życie. Z nami koniec, czy za zgodą, czy bez zgody. Lepiej za zgodą, polubownie, jak to w cywilizowanym świecie.

Maryna spojrzała mu w oczy i wydyszała:

– Ty… skurwysynie…

– Co?

– Ty skurwysynie!

W głębi jej źrenic sołtys dostrzegł błyskawice tnące niebo, tornada łamiące konary i bałwany zatapiające okręty. Sporo jak na jedną parę gałek ocznych.

– Ty skurwysynie – powtórzyła Maryna. Jej głos stał się szorstki niczym pumeks. – Tego się nie wybacza, rozumiesz? – Zerwała się na równe nogi, chwyciła go za kołnierz i przygwoździła do drzwi. – Zniszczę twoje idealne bachory, urwę łeb ślicznej żonce. A wiesz, co zrobię na koniec?

Milczał.

– Ha, ha! Nie! Nie zabiję cię, jeśli o tym pomyślałeś. O nie! To byłby za słaby odwet. Ból trzeba dozować, napięcie powinno rosnąć jak w dobrym filmie. Boisz się? Teraz się boisz? I słusznie! Trza było zawczasu myśleć, nim obiecałeś swojej duszce, swojej sikoreczce złote góry. Tfu! Bój się, bój! Możesz zacząć choćby za chwilę! Zniszczę ci renomę, sprawię, że znienawidzi cię każdy wieśniak, od niemowlęcia po najstarszą babę, zobaczysz, jak to jest być nikim. Zobaczysz, jak to jest być mną! Zapamiętaj dobrze te cztery zgłoski, bo usłyszysz je wkrótce od swoich wyborców. Wy-pier-da-laj!

Wyrzuciła go za drzwi.

Nie tylko sołtys ucierpiał. Bogu ducha winny wazon wkrótce podzielił los wygnańca. W kontakcie ze ścianą rozsypał się w drobny mak.

Maryna skuliła się w kłębek wśród rozrzuconych zawilców i zaniosła szlochem. Połkała uczciwie dobry kwadrans, a może nawet pół godziny, a wraz ze łzami spłynęła jej z serca cała trwoga. Mogła wrócić do życia, mogła nadal bruździć.

– Zbieroj to zaroz, Maryśka, bo ci pleśń siondzie – huknął kolejny gość.

Mężczyzna był barczysty niczym rozwścieczony tur i tak samo jak rozwścieczony tur naciera na krowę, tak on żwawo ruszył na Marynę. Mocowała się z nim chwilę, ale jego apetyt na jędrne piersi wydawał się nieposkromiony.

– No dajże mi wreszcie spokój! Nie mogę teraz! – dyszała.

– Bo co?

– Nie widać? Ślepyś? Zaszło mi się.

– Gdzie ci sie zaszło?

– Bachora będę miała.

– Zaciunżyłaś?

– Nie, grochu się nażarłam. Do kościoła nie chodzisz?

– A to w ciunży nie wolno? Chocia paluchem porobie… – Próbował ją połaskotać.

– No ludzie, no zaraz mu te grube paluchy połamię.

– Tera to za grube, a jak chcice miałaś, to w sam roz.

– A bo jakeś dwudziestym pierwszym nie mógł powojować, to co miałam gadać? – Spojrzała na jego obfity mięsień piwny. – A gadają, że pod dużym głazem duża żmija siedzi.

– Jak nora wyrobiono, to i dwóm żmijom luźno.

– Dobre sobie, kijanka nawet w kieliszku się zgubi. Po coś przylazł?

– A bo mnie stara w chałupie wpieprzo. Nie podało sie to ani do siostry, ani do teściowej. Ciche jak wróbelek, a rżnie sie z byle włóczęgami.

– Bredzisz. Moja siostra świętsza od samej Matki Boskiej! Taka świętojebliwa, żem ja ci musiała dawać, co się mężowi od żony przynależy.

– A widzisz, rodzonej siostry nie znosz. Godom ci, że ma kogosik na boku. Już ja jom szacunku naucze.

– Chojrak z ciebie i pierwej robisz, niż myślisz. Co też moja siostra w tobie widziała… No ale mów, kogo z wyra wyganiała?

– No przeca ci godom, że nie wiem, ale w piecu sie paliło. Wchodze do chałupy i sie pytom: „Stara, czyś ty całkiem zgłupła? Wiosna na polu, a ty drwa do pieca kładziesz”. „A bo zmarzłam” – mi mówi. To jo do niej: „Już ty nie bądź taka królewna, co se nosek zmrozi i już jom febra trzepie. Jak trzydzieści z hakiem roków żyje, tak sie u nas drew nie marnowało”. „Kiedy zimno” – powiada. Toteż godom: „Jak ci zimno, zedrzyj dere z konia i sie w niom zawiń. Zrozumiano?”.

– I zrozumiała?

– Jakem jom zdzielił przez łeb, to chyba dotarło.

– Powiedz mi lepiej, co ma piec do kochanka.

– Ano nic, łoprócz tego, że jednego i drugiego trza szturchnąć pogrzebaczem.

– A najsampierw ciebie. Co z tym kochankiem?

– Jak Marta poszło w tartak, a jo wygrzebywałem popiół, zobaczyłżem na podłodze kawałek papiru. A na tym papirze stało jak byk „oddajesz sie rozpuście”. No i co? Ni powiesz mi teroz, żem bystry?

– Powiem ci, żeś jak cep głupi, a żonę masz cnotkę, tylko że ciekawską.

– Co to znaczy?

– A to że list był do ciebie, a nie do niej.

– Skund wiesz?

– Kobieca zazdrość gorsza niż zdrada.

– Co za kalambury? Ni mom na to czasu. Godej, o co chodzi?

– Zapytaj żonę, ona ci powie.

Wahadło wybijało czwartą, kiedy Maryna stwierdziła, że pora po sobie posprzątać. A nawet nie tyle posprzątać, co ukryć niektóre dowody przed wścibskim wzrokiem natrętów.

Omiotła biurko szybkim spojrzeniem. Klej, nożyczki, czyste kartki, koperty. Trzeba się tego pozbyć. Nim wzięła się do pracy, przerwało jej pukanie do drzwi.

W progu stanęła tęga jejmość.

– Czego tu, ciotuniu? – zapytała Maryna. – Przyszłaś poszydzić? A może chcesz Biblią prostować moje ścieżki?

– Nie. Nie moja w tym rzecz, żeby ci prawić morały, słodyczy. Od wychowania są rodzice, nie sąsiedzi.

– Więc co cię tu przywlokło? Mam nadzieję, że nie chęć pojednania.

– Nie, pod tym adresem i tak go nie znajdę. Nic jednak nie poradzimy na to, że historia poplątała losy naszych rodzin.

– Poplątała? Czy ja dobrze słyszę? Poplątać to się może, ale guma od majtek. Przez twojego szwagra moja starsza się zabiła. Zabiła! A ta bredzi, że poplątało…

– Nie tylko przez niego, słodyczy, nie tylko przez niego. Poza tym rodziny się nie wybiera. Ale nawet zła rodzina lepsza jest niż samotność.

– Widzę, że hołdujesz tradycyjnym wzorcom. Czegóż się spodziewać? Z takim rodowodem?

– Każdy jest kowalem własnego losu. To nie moja wina, że kułaś bez wprawy. Może to wina majstra, że źle swych czeladników wyuczył? Mówią, że jaka matka, taka córka…

– Mama była dobra, tylko się wykorzystać dała.

– A ta dalej swoje… Ileż można mielić jeden temat? – biadoliła kobieta w progu. – O ja się zastrzelę!

– Muszę przyznać, że to całkiem niezły pomysł. Z zastrzeleniem. Jedną idiotkę mniej na ziemi.

– Skończ z tym. Zakopmy topór wojenny.

– Co się stało, że wyciągasz rękę do zgody? Oświeciło cię, jak wchodziłaś do spiżarni po słoik konfitur?

– Mam dość konfliktu. Mawiają, że lepszy nieprzyjaciel otwarty niż przyjaciel zdradliwy, ale powiadają również, żeby nieprzyjaciół trzymać blisko.

Maryna wybuchła śmiechem.

– Ty i te twoje ludowe prawidła. Przyznaj się, że chodzi ci bardziej o siostrzeńca. Już mnie doszły słuchy, że masz gościa w domu. Po tylu latach niewidzenia odnowić zerwane więzi… Fantastyczna sprawa. Ty to wiesz, jak się ustawić. Będzie miał ci kto na starość zakładać cewnik i ładować kleik do gęby.

– Owszem, jest to jeden z powodów mojej wizyty. – Przełknęła ślinę tak głośno, iż można by pomyśleć, że ktoś pociągnął za spłuczkę w ubikacji. – Dlatego też chciałam przeprosić za wszystkie nasze przewiny i prosić cię, słodyczy, byś tamto zachowała w tajemnicy. Jego przeszłość jest już wystarczająco przykra.

Maryna chwyciła się za roznegliżowany brzuch, wygięła w pałąk i roześmiała na całe gardło. Ona – ten wyciruch, ta wytarta szmata, to byleco – ona miała być sędzią, który uniewinni skazańca, miała być kapłanem, który udzieli rozgrzeszenia. Nabrała powietrza i rzekła:

– Wykluczone. Wybaczenie równa się przegrana. A przegrana to samobójstwo. Starsza uczyła, że samobójstwo to grzech śmiertelny. A ja nie chcę być i nie będę grzesznicą. Wynoś się z tą fałszywą skruchą. Wynoś się, pókim dobra!

Kobieta zerwała się do ucieczki.

Przegoniwszy starą klępę, Maryna przeszła przez pokój i sięgnęła dłonią do parapetu. Jakież było jej zdziwienie, gdy natrafiła na pustkę. Sukienka znikła.

Dziewczyna wychyliła się przez okno. Spojrzała w prawo i w lewo. Nie ma. Wyszła na zewnątrz. Obeszła dom dokoła. Nie ma. Zguba się nie znalazła.

Zmrok zagonił Marynę z powrotem do środka. Dzwon przy kościele wybijał szóstą.

Kiedy myślała, że pozbyła się wszystkich już natrętów, kolejny truteń przyleciał do gniazda. Jego odwłok, w przeciwieństwie do poczciwych owadów, był całkowicie czarny.

– Witam wielebnego. – Maryna złożyła przed gościem ukłon. – Czym sobie zasłużyłam na tak szlachetną wizytę?

– Prośbą – odparł intruz.

– Prośbą? Jakąż to prośbą? Och, wiem, nie trzeba mi więcej, służę pomocą.

– Nie o to chodzi.

– A o co, jak nie o czysty, bezpruderyjny, nieokiełznany seks? Modlitwy raczej nie sprzyjają popędowi. W tym waszym celibacie można zeschnąć na wiór.

– Życie w cnocie oddala od grzechu.

– A życie w grzechu oddala od cnoty. To jak, zgrzeszymy?

– To żaden wstyd wieść cnotliwe życie. Jezus też tłumaczył występnej niewieście…

– Co tłumaczył? Jak tłumaczył? Nic nie wytłumaczył. Wysłuchała kazania i przestała się puszczać? Taa, jasne.

– Ale cnota…

– Na kurwę mi cnota! – wybuchła. – Żeby więdnąć jak te stare ciotki? Oj, nie, mój panie! Po to mam cipę, żeby zarabiać! Ha, ha, ha! I co? I co się tak ślepisz? A, podniecam cię, hę? I wzajemnie. Czuję, jak wilgotnieję! Tak, włóż palec, sam sprawdź! No dalej, jazda! Nie zgrywaj świętego klechy, tylko poderwij czarną kieckę i pokaż, co tam masz! No już! Przerżnij mnie, to zobaczysz, ile warta jest ta twoja cnota!

– Składam broń. To nie w mojej mocy – powiedział ksiądz. – Pozostawiam cię Bożej litości, bo na ludzką chyba nie możesz już liczyć.

– W takim razie patrz, co tracisz! – Maryna zdjęła biustonosz i cisnęła go na ziemię. – Wiesz, ile osób pieściło te piersi? Dziesiątki. Setki! Ty jeden gardzisz! A ja gardzę tobą. Precz!

Zamknęła za nim drzwi. Nagły przeciąg owionął jej piersi. Różowe brodawki uniosły się i zdrętwiały. Zatrzasnęła okno i usiadła przy biurku. Do środka nadal jednak wdzierał się dotkliwy chłód i szczypał jej kostki.

Wyczuła, że mróz napływa z sąsiedniego pomieszczenia. Przeszła do sypialni.

„Następne uchylone okno? Niemożliwe”. Była przekonana, że tego dzisiaj nie otwierała. Pełna zdumienia zamknęła je dokładnie, a upewniwszy się, że zamek nie został wyłamany, wróciła do biurka.

Marynę dopadły wątpliwości, które prędko rozwiała wizja szybkiego profitu. Za kilka dni zostanie milionerką i będzie gwizdać na całą tę wieś. Na tych, którzy jej dokuczyli, na tych, którzy patrzyli z pogardą, i na wszystkich innych również, bo taka już jest natura nienawiści.

Rzuci wszystko w cholerę, całe swoje życie, wszystkie poprzednie plany i postanowienia. Spakuje walizkę i wyjedzie w diabły, nawet jeśli przyjdzie jej koczować na wielkomiejskim dworcu. Dworcu? Jakim dworcu? Będzie bogata jak skurwysyn!

Leniwie podniosła głowę i spojrzała za okno. A przynajmniej próbowała spojrzeć, bowiem na zewnątrz było ciemno i szyba działała jak zwierciadło. Toteż Maryna ujrzała ścianę i drzwi za plecami. Drzwi, które powinny być zamknięte. A jednak nie były.

W progu dostrzegła zarysy znajomej postaci.

Nie odwracając się do gościa, rzekła:

– Już wszystko sobie dzisiaj wyjaśniliśmy.

Postać nadal stała nieruchomo.

– Będziesz tak sterczeć w progu?

Ani drgnienia.

– Kurwa mać, odebrało ci głos?! – krzyknęła Maryna i nagle wszystko zrozumiała.

Do jednych śmierć przychodzi w pełnej oprawie. Baby zawodzą wśród płonących gromnic, dzieci klepią modlitwy, współmałżonek przytula policzek do stygnących dłoni.

Do innych śmierć przychodzi ciszej. Pozwala wyszeptać: „Czekaj na mnie”, oddać ostatni pocałunek, uścisk, pieszczotę.

Natomiast do Maryny śmierć przyszła bezgłośnie.

Nie zapukała do drzwi, nie powiedziała „witaj”, nie zapytała, czy może zabrać jej grzeszną duszę. Nie siadła na taborecie, nie umościła się w fotelu. Nie poprosiła o filiżankę kawy, nie skosztowała ciasta. Nie porozmawiała ani o rzeczach ważnych, ani o rzeczach błahych.

Po prostu przyszła, zrobiła swoje i wyszła.

Udostępnij