Echo serca

Fragment powieści

1

Zrozumiała, że z dzieckiem dzieje się coś niedobrego, kiedy Nina złapała ją za rękaw i powiedziała: „Boli mnie brzuszek”. Nic nie zapowiadało wówczas, że to ostatnie słowa, które usłyszy z jej ust. A potem Nina zwymiotowała. Fala żółto-brunatnej mazi zalała blat i podłogę. Zdążyła jeszcze pomyśleć, że to zwykłe zatrucie, zanim zwyciężył instynkt. Zabrała dziecko do łazienki. Zdarła splamioną koszulkę, odkręciła kurek. Gdy osuszała ciało Niny, przez ręcznik wyczuła dreszcze.

– Zimno ci? – zapytała.

Wzrok dziecka był mętny. Przyłożyła dłoń do jej czoła. Suche i rozpalone. Położyła dziecko na kanapie i przykryła kocem. Wykluczyła zatrucie. Uwierzyła w trzydniówkę. Każde dziecko przechodzi infekcję. Zaczyna się niespodziewanie, po czym znika szybko i cichutko, niemal po angielsku. Czerwona kreska przesunęła się po skroni Niny. Termometr wskazał temperaturę trzydzieści dziewięć stopni.

Nie zwlekaj – mówił przy takich okazjach Krzysztof – podaj paracetamol. Nalała łyżeczkę syropu. W czopkach – upomniał ją w myślach mąż. – Wymiotuje! Założyła więc czopek. Nina nawet nie jęknęła, mimo że do tej pory reagowała furią.

Nowa fala niepokoju przebiegła jej po plecach. Będzie dobrze – wmawiała sobie. Będzie dobrze. Po kwadransie było gorzej. Gdy termometr pokazał trzydzieści dziewięć i siedem, zapomniała o uwagach Krzysztofa. Wlała dziecku do buzi ibuprofen. Nina zakrztusiła się, strumyk syropu spłynął po wardze. Usta zmieniły barwę na szkarłatną.

Po kolejnych piętnastu minutach łypnęła dziko w kierunku termometru. Drżącą ręką przesunęła urządzenie nad czołem Niny. Pisk. Nim odczytała wynik, koc zafalował. Ciało Niny napięło się. Ciszę rozdarł łomot. Potylica rąbnęła o zagłówek. Pojawiły się drgawki.

Była sobota, godzina dwudziesta trzecia dziewiętnaście.

***

Leczyła różne przypadki. Jej mąż kpił z terapii. Mówił, że te psychobzdury nie mają nic wspólnego z konwencjonalną medycyną, a metody szanownego pana Freuda szkodzą, zamiast pomagać. Mimo to wyniki miała zaskakująco dobre. Unikała farmakoterapii. Zamiast tego drążyła zaburzenia do korzeni. Szukała racjonalnych przyczyn.

Szczególnie upodobały ją sobie matki wyznające kult medycyny alternatywnej. Bombardowane autyzmem i Aspergerem, obeznane w fitoterapiach i wlewach z lewoskrętnej witaminy C, antyszczepionkowe, głupie i przewrażliwione. Szukały pomocy dla dzieci, choć potrzebowały jej dla siebie. Nie znosiła ich.

– Te babsztyle – mówiła do Krzysztofa – gotowe są wmówić dziecku każdą chorobę. Nigdy nie były w centrum uwagi. Teraz chcą zrobić wokół siebie szum. Trąbią wokoło, jak to je los pokrzywdził. Podręcznikowy przykład zastępczego zespołu Münchhausena!

Przeżywała dysonans poznawczy. Wszystkie dogmaty parowały z głowy szybciej niż woda rzucona na rozgrzany ruszt. Leczyła zdrowe dzieci! Mimo to ludzie nosili ją na rękach. Wpadła w depresję. Z dołka wyciągnęły ją dopiero psychotropy. Ironia losu. Odstawiała leki innym, a teraz brała je sama.

– To żadna hańba – powiedział Krzysztof. – Lekarze też chorują. To nie są jednostkowe przypadki. – A gdy połknęła tabletkę, dodał: – Pomoże, nie pomoże, przynajmniej unikniesz padaczki.

Padaczki? Tak powiedział. Właśnie teraz potrzebowała jego pomocy! Wyładowania elektryczne biegały po ciele Niny. Potem nadeszła chwila spokoju. I znów zaiskrzyło. Ciało uderzyło o zagłówek kanapy. Przed trzecim napadem obłożyła Ninę poduszkami. Pobiegła do łazienki. Z szafki wyjęła relanium w dawce dwa miligramy. Nie zastanawiała się długo.

Roztarła porcję. Proszek zmieszała z wodą. Odchyliła brodę córki i strzykawką, kropla po kropli, wlała płyn do gardła. Przymknęła jej usta i oparła na nich twarz. Odliczała w ciszy sekundy.

Była godzina dwudziesta trzecia czterdzieści.

***

O północy telefon pęczniał od wysłanych SMS-ów i odrzuconych połączeń. Przypuściła na komórkę Krzysztofa nalot dywanowy. Gdy nie odbierał, zadzwoniła na oddział. Potem na pogotowie. „Wszystkie karetki w rozjeździe” – usłyszała. Zaspana idiotka proponowała jej izbę przyjęć.

Zaczęła płakać. Co z tego, że poskromiła napad padaczkowy? Że zaaplikowała wszystko, co znalazła w apteczce? Że wysypała na dziecko całą miskę lodu? Gorączka buchała z ciała Niny jak z hutniczego pieca. Temperatura czterdzieści i sześć. I nadal rosła. Naprawdę tylko tyle może matka? Po latach nieudanych prób i wyrzeczeń? Siedzieć i obserwować, jak Nina odchodzi w jej ramionach? Wciągnęła powietrze.

– Nie! Dziewięć lat starań nie pójdzie na marne! – krzyknęła.

Okutała Ninę w dwa koce. Wzięła ją na ręce. Pchnęła drzwi wyjściowe. Położyła dziecko na tylnym siedzeniu samochodu. Noc była cicha, sucha i parna. Boże, ile by dała, żeby w tej chwili móc przenieść się w najgłębszy interior Antarktydy! Niestety, miała jedynie nissana z napędem na cztery koła. A ten mógł ją zawieźć tylko na izbę przyjęć.

Nie zgasiła światła, nie zamknęła domu. Nie myślała o niczym tak przyziemnym. Instynkt pokierował jej dłonią. Włożyła kluczyk do stacyjki. Zanim odpaliła silnik, usłyszała ciche jęknięcie. Spojrzała w lusterko wsteczne. Nina leżała bez ruchu, zawinięta w grube koce, jak lalka zdjęta z witryny. Nie, to jeszcze nie koniec – pomyślała. Nie pomyślała natomiast, by przypiąć dziecięcy fotelik.

***

Maria była dróżniczką od trzydziestu lat i zmierzała do kresu kariery zawodowej, gdy zawalił się cały jej świat.

Nigdy nie miała szczególnych ambicji. Mogła pracować gdziekolwiek i u kogokolwiek, kto zapewniłby jej komfort w postaci dwóch szklanek kawy i dwustu pięćdziesięciu krzyżówek panoramicznych. Takie luksusy dawała jej praca dróżniczki, toteż wielce szanowała swój zawód i nie utyskiwała na los, gdy sąsiadki pochylały się nad nią z troską.

Miała jednego zmiennika. Ów człowiek posiadał odmienne od niej poglądy na życie zawodowe. Wyrażał to otwarcie, nie szczędząc krytyki nikomu i niczemu, a małe zwycięstwa wynagradzał sobie flaszeczką wódki.

Ich miejscem pracy była rudera przy alei Tarnowskich, a ich powołaniem opuszczanie i podnoszenie szlabanu. Maria znała dokładny rozkład jazdy pociągów z podziałem na dni robocze i świąteczne, jej zmiennik zaś miał dzięki Bogu dobry słuch. Zawsze zdążył doczłapać do konsoli i nacisnąć odpowiedni przycisk, nim doszło do kolizji. W nagrodę za sumienność Maria dostała zmiany nocne. Nie pogorszyło to znacząco jakości jej życia, cierpiała bowiem na przewlekłą bezsenność. Jej zmiennik z kolei sypiał na stojąco i podejrzewano u niego narkolepsję.

Wobec tego wszystkiego za dziwny należy uznać fakt, że to właśnie Maria stanęła przed kolegium, gdy tamtej nocy doszło do tragedii. Wypełniała właśnie kolejną krzyżówkę, gdy dostała sygnał o nadjeżdżającym pociągu osobowym relacji Przemyśl – Świnoujście. Nacisnęła przycisk opuszczający szlaban. Ciszę nocy rozdarł sygnał toczącego się składu. Minęła północ. Maria odłożyła krzyżówkę i wyszła przed budynek, żeby rozprostować kości. Stukot pociągu nasilał się. W oddali ujrzała światła elektrowozu.

Samochód nadjechał znienacka. Nie próbował hamować. Minął sygnalizację, staranował biało-czerwoną poprzeczkę i wpadł na tory. Lokomotywa uderzyła w bok nissana, gniotąc go jak puszkę piwa. Prysnęły szyby. Tylny zderzak oderwał się od nadwozia i ze świstem przeleciał przed Marią. Wbił się w ścianę stróżówki. Maszynista wszczął hamowanie. Spod kół sypnęło się mrowie iskier.

Po wszystkim zapadła śmiertelna cisza.

***

Gapie obserwowali jak straż pożarna tnie wrak auta w poszukiwaniu ofiar. Maszynista kucał przy torach, ćmiąc papierosa. Trzęsły mu się ręce. Kiedy strażacy wreszcie dotarli do wnętrza samochodu, ludzie wstrzymali oddech.

Z miejsca zdarzenia wywieziono dwa ciała w brezentowych workach.

***

Worki otwarto w kostnicy. W jednym znajdowało się zmasakrowane ciało kobiety. W drugim – zwłoki starca.

***

W składzie jechało około trzydziestu pasażerów. W znacznej mierze wyszli z kolizji bez szwanku. Skończyło się na paru stłuczeniach, zwichniętych rękach i jednym rozciętym łuku brwiowym. Z wielkim niepokojem natomiast opuszczono ostatni przedział. Wyniesiono z niego zwłoki sędziwego pasażera. Po dalszej obdukcji ustalono, że zmarł tuż po odjeździe pociągu ze stacji Rzeszów Główny z bliżej nieokreślonych przyczyn.

***

W wozie strażackim znajdował się młody człowiek, który stawiał pierwsze kroki na ścieżce zawodowej. Mężczyzna ten nie rozcinał wraku i nie zabezpieczał miejsca katastrofy. Zamiast tego podążył w kierunku stróżówki. W pół drogi zatrzymał się, nie będąc pewny, czy to, co słyszy, jest prawdą czy tylko niebezpiecznym omamem. Rozchylił kępy trawy, a gdy nabrał przekonania co do przytomności zmysłów, odwrócił się w stronę grupy ratowniczej i krzyknął:

– Hej, tu jest żywe dziecko!

2

Dziesięć lat później

10 października, czwartek

Wiedział, że coś jest nie tak od chwili, gdy ujrzał zapalone światło. Każdy inny pomyślałby, że wreszcie przyjechali omieść pajęczyny z kątów. Każdy inny odetchnąłby z ulgą na myśl, że chaszcze wreszcie zostaną wycięte. Każdy, ale nie on.

On myślał przenikliwie, błyskawicznie dodawał dwa do dwóch i formułował konkretne wnioski. Miał siwe włosy, niebieskie oczy, regularnie łykał xanax, a co niedzielę widywano go w kościele. Różnie o nim mówiono. Poczciwy staruszek, pustelnik, nieszkodliwy dziwoląg. A jego to radowało. Przybrał dla głupców maskę, w którą chcieli wierzyć. Prawda była zupełnie inna.

Tajny współpracownik, aparatczyk, resortowy pomiot – tak o nim napisałyby gadzinówki, gdyby kiedyś dogrzebano się do jego teczki w IPN-ie. Gdy oglądał w telewizji niekończące się niesnaski nowych partii, ich rozłamy i sojusze, wiedział, że jego akta będą jeszcze długo i bezpiecznie leżakować na którymś z zakurzonych stelaży instytutu. Nowa władza hołdowała socjalistycznym poglądom, nienawidziła liberałów, zachodu i gejów, gloryfikowała inwigilację. W tym ostatnim zaś sektorze był szczególnie aktywny.

Od kilku dni czuł, że narodził się na nowo. Odkurzył lornetkę, stary notatnik i długopis z czerwonym tuszem. Zasiadł przy oknie, zawrzała w nim konfidencka krew.

Po drugiej stronie stawu, tuż pod lasem, stała drewniana dacza. Piętnaście lat wcześniej dobiegał z niej płacz niemowlęcia, znad grilla unosił się siwy dym, a zapach pieczonych kiełbasek wiercił zmysły. Trzynaście lat temu pozdrawiał lokatorów, pytając o dyżur i szczególne przypadki z nocnej zmiany. Przed jedenastu laty kajał się przed żoną kardiologa, gdy nieomal stratował ich córkę kosiarką. A potem nadszedł ów feralny rok, w którym zobaczył ich po raz ostatni.

Od tamtej pory dacza niszczała. On w telewizji oglądał wybory, aferę taśmową, katastrofę lotniczą w Smoleńsku, a tymczasem w sąsiedztwie deszcz wypłukiwał farbę z drewnianych ścian, rdza zżerała kutą bramę, a chaszcze połykały trawnik. Dom umierał, a siły przyrody przyśpieszały jego agonię. I oto nadeszła dzisiejsza noc i coś się zmieniło.

Światło.

Światło sączyło się przez szybę w drzwiach frontowych. Przepływało przez staw. Padało na jego twarz. Oślepiało go.

W czajniku zaczęła wrzeć woda. Zalał herbatę. Wyłuskał xanax. Tabletka prześlizgnęła się wzdłuż przełyku. Znieruchomiał i pozwolił spokojowi napłynąć ciepłą falą.

Spokój to podstawa działania. W nerwach ludzie popełniają błędy. Wysyłają anonimy, zostawiając ślady palców, obrywają obuchem siekiery albo ładują się wprost pod rozpędzony pociąg. To do spokojnych należy władza, bo tylko stabilna kondycja psychiczna gwarantuje skuteczną manipulację.

Zgasił światło. Najlepsi pracują po ciemku. A on należał do najlepszych. Usiadł przy oknie. Przystawił do oczu latarkę. Poczynił pośpieszne obserwacje. Brak dymu w kominie, zamknięte drzwi wejściowe, krzaki, zatrzaśnięta bramka, pusta droga, ponownie bramka, zarośla, drzwi wejściowe. Soczewki lornetki przesuwały się po sąsiedztwie. Kropla potu spłynęła z łysiny na kark. Poczuł gęsią skórkę tak intensywną, jakiej nie zaznał od grudnia osiemdziesiątego pierwszego. Wyregulował ostrość obiektywu. Świetlik w drzwiach daczy jaśniał przed jego oczami.

Po półgodzinie obserwacji miał głowę pełną teorii. Sprzedaż… wynajem… rabusie… wizyta… remont… turysta… awaria… Nie wziął pod uwagę jeszcze jednego, co wkrótce miało okazać się faktem.

***

Obudził go stukot.

Zasnął? Niemożliwe. Nie spał. Czuwał. Czuwał bez chwili wytchnienia. Poczuł kłucie z tyłu głowy, serce wpadło w arytmię. Dlaczego nie pamięta, co działo się przed chwilą? Która godzina? Co tak stuka? Stuka? Ściany serca kurczą się i rozkurczają. Dlaczego tak sapie? Oddychaj spokojnie! Co się dzieje? Jednak zasnął! I ten stukot! Przestań stukać, do cholery, łeb mi pęka! To nie stukot. Warkot. Cichy warkot.

Ocknął się. Przyłożył lornetkę do twarzy. Daczę nadal spowijała cisza. Nie. Coś się jednak zmieniło… Zrobił zbliżenie na bramkę wejściową. Nie była zamknięta. Stukot… Tak, stukot. Furtka popychana wiatrem otwierała się i zamykała.

Stuk-stuk!

Ktoś wchodził? Ktoś wychodził?

Stuk-stuk!

Która godzina? Przed północą? Po północy?

Stuk-stuk!

Zamknij się!

Obywatelski obowiązek kazał mu działać.

***

Z początku myślał, że dziewczyna zasnęła przy schodach. Miała przymknięte powieki i zwieszone ramiona. Czarne włosy oklejały jej twarz. Naszprycowana? – pomyślał. – Upojona bimbrem? Nawdychała się kleju? Nie zareagowała na jego kroki. Poczuł się jak intruz, który czeka, aż gospodyni zaśnie, by dobrać się do jej cipki. Dziewczyna była nieprzytomna. Rozłożone nogi niemal zapraszały do spółkowania. Czy był głodny? Czy w tym wieku ogień jeszcze nie zgasł? Co powie głowa, jeśli ciało wreszcie się nasyci?

Pewne wspomnienie przywróciło mu zmysły. Grill, kosiarka, „Co na dyżurze, szanowny doktorze?”. Upadł na kolana. Wtedy zobaczył więcej.

Żółta linka wiła się wokół szyi dziewczyny niczym drogocenny naszyjnik. Szła w górę i okręcała się na drewnianej tralce, nadając dziełu stolarza nowe zastosowanie. Z rozchylonych warg dziewczyny zwisał obrzęknięty język, twarz sprawiała wrażenie nalanej. Oczy były nieruchome.

Znieruchomiał.

Czy to Nina? Ta mała Nina?

Udostępnij